Przyroda jest w człowieku – o II edycji festiwalu pisze Sylwia Hejno

Przyroda jest w człowieku

Gdybyśmy jeszcze raz ruszyli na spacer szlakiem poszczególnych prac, zauważylibyśmy dwa sposoby, poprzez jakie artyści podjęli się na dialogu z przyrodą. Pierwszy uwzględnia kontekst społeczny, służy wywołaniu pewnego zamieszania  i polega na zaszczepieniu jakiegoś obcego, ale związanego z krajobrazem elementu w miejscu często uczęszczanym. W ten sposób natura zaznacza swą obecność na naszej społecznej agorze. Drugi sposób to dyskretna ingerencja ludzkiej ręki w krajobraz, tam gdzie  spodziewamy się jedynie elementów naturalnych. Oba te podejścia wywołują podobny efekt – sprawiają, że nieszczególnie doceniany i dostrzegany krajobraz nagle zdejmuje czapkę niewidkę. Dlatego, dla sztuki która wyrasta z szacunku do przyrody, każda społeczna reakcja jest ważna. Świadczy bowiem o tym, że czy to świadomie czy mimowolnie, natura została w końcu zauważona, a kto niesie dla nie większe zagrożenie, niż człowiek?

Jedziemy w dalekie góry, do lasu, nad morze, na zagraniczną wycieczkę, włączamy kanał przyrodniczy żeby delektować się malowniczymi pejzażami. Dzięki artystom zajmującymi się sztuką ziemi możemy podziwiać to, co bliskie, nasze w zupełnie nowy sposób. Co bardzo istotne, żadna z festiwalowych prac  nie powstała na odludziu, wszystkie zaistniały bezpośrednio, a nie jedynie poprzez efektowne fotografie w albumie. Tym samym często narażały się na ludzkie reakcje, tak jak na co dzień na człowieka jest narażona przyroda. Udało im się przy tym coś szczególnego – wciągnąć odbiorców w tę cichą rozmowę artysty z krajobrazem.

Jan Gryka, „To nie są nenufary”: Święto bez święta

Sytuacja niecodzienna, bo wysepka na wodzie w Zwierzyńcu tonie w kolorowych, wabiących oko kwiatach. Podczas gdy tłumy przyjezdnych pędzą z jednego kina do drugiego, bo trwa właśnie festiwal filmowy, jedni przystają zadziwieni, inni pstrykają zdjęcia, ale większość, po chwil oszołomienia, przyjmuje za pewnik, że ta ukwiecona rzeczywistość jest umotywowana czymś wyższym. I spokojnie idą dalej. O to chodziło.

– Jakie jest dzisiaj święto? – przechodnie, zazwyczaj kobiety, nie dają Janowi Gryce spokoju, podczas gdy plecie swoją pracę „To nie są nenufary”. Wieniec sztucznych gerber lada moment utuli wyspę mocnym uściskiem.

Traf chce, że akurat za kilka dni wypada święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Tak, to musi chodzić o to, kobiece serca są uspokojone, a one same mogą się oddać swoim codziennym czynnościom. A może to wszystko z okazji ślubu? W pobliskim kościółku nazajutrz (kolejny intrygujący zbieg okoliczności) stanie przed ołtarzem para młoda. Ale o tym jeszcze nikt nie wie. Machina domysłów pracuje za to bez chwili wytchnienia. Wszyscy się dali złapać artyście w pułapkę. Nie-nenufary w magiczny sposób przemieniły fragment codzienności w przestrzeń znaczącą.

– Dla przeciętnego człowieka, który mija tę wyspę ona sama w sobie nic nie znaczy – tłumaczy Jan Gryka – a tu raptem patrzy, proszę i widzi: wyspa nagle jest.

Sztuczne kwiaty uruchamiają łańcuch skojarzeń. Jako zazwyczaj tandetna replika natury uosabiane są kiczem, ale tym razem, za ich sprawą do głosu dochodzą odczucia ze swej natury intymne. Syntetyczne wieńce i bukiety zdobią nagrobki na cmentarzach (czy w Zwierzyńcu jak mara objawiła się druga wyspa Saint-Michelle?). Żywa barwa, która nie przemija, dyskretnie wybawia nas z kłopotu, który towarzyszy kwiatom prawdziwym – one również umarłyby, bez źdźbła taktu i litości, parę metrów nad szczątkami naszego drogiego nieobecnego. Symbolizują zatem pewien upór przed tym, co nieuchronne.
W zbiorowej wyobraźni kroczą ramię w ramię z dewocjonaliami. Sztuczne bukiety często widujemy w kościołach i w przydrożnych kapliczkach. Sztuczność oznacza wiecznotrwałość, bo zwyczajnie nie wypada, aby hołd oddawało to, co w chwili niedopatrzenia przekwitło. Świętość syntetycznego kwiecia zbawia nas od grzechu lenistwa.

Sztuczny kwiat, ten niepozorny, zarazem estetyczny i problematyczny obiekt jest również, tak najzwyczajniej w świecie, ładny. Wyspa, widziana z lotu ptaka została ujęta w wielokolorową ramę, na kształt obrazu, który cierpliwie czekał na ten wykończeniowy gest. Łańcuch kwiecia wijącego się na wodzie ma w sobie coś ulotnego i uwodzicielskiego. Jest na tyle dosłowny, by przykuwać uwagę i na tyle subtelny, by koniec końców, zostawić widza bezradnego w jego własnym zdziwieniu, wpatrzonego w lustro wody.

– Wydało mi się to w jakiś sposób zabawne, że podczas trwającego festiwalu filmowego w Zwierzyńcu ludzie zamykają się mroku sal kinowych i ulegają snowi tych niezwykłych niedostępnych, hollywoodzkich obrazów. Poddają się wyobrażeniu świata, którego na co dzień nie ma. Pomyślałem, że zrobię im niespodziankę w miejscu, po którym się tego nie spodziewają i ono zacznie funkcjonować podobnie jak kino – wyjaśnia artysta.

Kto pamięta pierwszą ofiarę hipnotyzującej magii obrazu? Był nim także kwiat. Miał na imię Narcyz.

Myroslav Vayda, „Bez tytułu” : Ptasi krzyż

Stosunkowo niewielki, drewniany krzyż tak idealnie stapia się ze scenerią parku, jakby tu stał od zawsze. Niepozornie, na uboczu, obok również drewnianej altany. Wzrok prześlizguje się po nim, bez większej uwagi. Tonie wśród pni, zielenie drzew, w świergocie ptaków. Trzeba podejść bliżej, znacznie bliżej, żeby zauważyć jego niezwykłość i przypomnieć sobie, że krzyż w jednym ze swoich symbolicznych znaczeń przywołuje rozpostarte skrzydła ptaka. Ten konkretny, autorstwa Vaydy niesie za sobą szereg znaczeń nie tylko mistycznych czy estetycznych, ale – przede wszystkim – etycznych.

Ten krzyż to bowiem nie tyle religijny symbol, co ptasi apartamentowiec. Tworzą go rozłożone poziomo i pionowo ptasie budki, czekające na lokatorów. Na pierwszy plan wysuwa się gra z formą.

W ikonografii z krzyżem najczęściej mamy do czynienia w dwóch aspektach: martyrologicznym (jako symbol męki) lub zbawczym jako narzędzie odkupienia. W tym wypadku cierpienie i śmierć ustępują życiu – ptaki uwiją gniazda i wydadzą na świat potomstwo. Natura nieustannie przypomina o tym cyklu. Sprawa ptasich domków komplikuje jednak nieco kwestię zbawienia, bo zwierzętom posiadania duszy odmówił już Kartezjusz. Czyżby nasi bracia mniejsi, zamieszkali w krzyżu, drabinie do nieba, jak chce tego symbolika, mieli, o ironio, przepaść w nicość? Artysta stawia w ten sposób intrygujące pytanie o miejsce zwierząt w kontekście religii.

Ptasi krzyż, gdyż tak m.in. z powodu wspomnianych na początku konotacji chyba można go nazywać, może być odczytany jako jedna z tych prac, które opowiadają się za przełamaniem antropocentryzmu, a zatem przymierzania świata z punktu widzenia i na miarę człowieka. Czyni to w sposób prosty, czytelny, zupełne nieproprowokacyjny i – aż prosi się dopisać – ciepły. Drewniany krzyż będzie domem i schronieniem. Nie tylko dla człowieka, ale i dla zwierzęcia. Być może kryje się z tym sugestia, że Kartezjusz się pomylił.

Wybudowanie ptasiej osady w domenie typowo ludzkiej – religijnej, przełamuje granicę pomiędzy tym co ludzkie i tym co zwierzęce. Co skądinąd ciekawe, reprezentanci tzw. animal studies od dawna wytykają współczesnym społeczeństwom popełnianie tego byka – czy człowiek też nie jest czasem zwierzęciem? Stąd płynie postulat, aby używać innych rozróżnień, np. na istoty człowiecze i nieczłowiecze.

Vayda, choć bierze owego byka za rogi, aż tak daleko nie idzie. Niezatytułowana praca działa w sposób wyważony, nie pali sumień z powodu treści spożytego obiadu. Pozostawia otwartą furtkę. Krzyż jako miejsce ścierania się życia i umierania, schronienie nie tylko dla człowieka – na tym poprzestańmy.

Justyna Kościańczuk, Małgorzata Malik, Krzysztof Bochniak, „Znienacka”: Gdzie jest pająk?

Wyobraźmy sobie następujący eksperyment: współczesny człowiek, przyzwyczajony do poczucia bezpieczeństwa na każdym szczeblu swojej egzystencji ląduje ni stąd, ni zowąd w tropikalnej puszczy. W niej czyhają na niego gigantyczne komary, krwiożercze zwierzęta, których jedynym priorytetem jest zaspokoić potrzebę głodu, a ciemność w nocy jest tak gęsta, że nie widać dalej, niż na kilka centymetrów. Telefonem komórkowym można co najwyżej rozłupywać orzechy, a o przeżyciu decydują pierwotne instynkty.

Taki mniej więcej scenariusz może podsuwać pajęczyna trojga młodych artystów nad spokojną, ścieżką sielskiego, zwierzynieckiego parku. Przechodzień wpada na nią z zaskoczenia, odkrywając sieć niewiadomego pochodzenia tuż nad swoją głową. Rzecz jasna, że od razu widać robotę ludzkich rąk. Ale co by było gdyby…?

Wracamy do wyimaginowanej puszczy. Gigantyczna pajęczyna jest tam zupełnie na swoim miejscu i lepiej brać nogi za pas, zanim jej domownik się połapie, że coś żywego stąpa w pobliżu. W miejskim parku nie jesteśmy tacy naiwni. Ale pewne uczucie niepewności i przytłoczenia pozostaje. Co dowcipniejsi obserwatorzy pytali: „Gdzie jest ten pająk?”

– Na początku wcale nie myśleliśmy o stworzeniu pajęczyny – opowiada Małgorzata Malik – Szukaliśmy takiej formy, która by w pewien sposób chwytała widza. Miała to być wręcz przeszkoda na jego drodze, ale doszliśmy do wniosku, że taka praca szybko uległaby zniszczeniu. Z czasem zdecydowaliśmy się na pajęczynę.

Widza nie powstrzymali. „Znienacka” zaprasza do interakcji i już drugiego dnia po skończeniu montażu instalacja wymagała naprawy. Twórcy nie kryją, że chcieli, aby przetrwała jak najdłużej i stała się częścią parkowego krajobrazu. – Marzyłabym o tym, aby zzieleniała, porosła mchem, a na splotach żeby zagnieździły się ptaki – mówi artystka.

Pajęczyna w wykonaniu niewidzialnego pająka pozostaje jednak przede wszystkim znakiem małości człowieka wobec natury. Karmi ją scenariusz science-fiction, że być może znienacka, bez żadnego uprzedzenia, jakieś monstrum faktycznie zajrzy nam w okna. I wtedy nie pozostanie nic innego niż mu ulec, z całym pakietem technologicznych udogodnień, w których czujemy się tak bezpieczni.
Przerośnięta pajęcza sieć wprowadza element z innego, nieoswojonego porządku do miejskiej przestrzeni i przypomina, że cywilizacja pozostaje niewielkim gettem z perspektywy przyrody, podczas gdy tylko dla człowieka stanowi centrum jego świata. Prześwitują przez nią słoneczne płomienie, rano osadzają się kropelki rosy. Ten haft w miejskim parku wygląda pięknie.

Jest też w „Znienacka” zaszyfrowany pierwiastek zabawy, co momentalnie podchwycili przechodnie, którzy dopytywali czy to czasem nie powstaje park linowy. – Ciągle ktoś żartował – wspomina Krzysztof Bochniak – Jeden pan prawdopodobnie pod wrażeniem filmów o Tarzanie, zasugerował, że konstruujemy pułapkę dla małp. Inny, miłośnik i hodowca ptaszników zaoferował się, że chętnie rozpuści swoich pupili po naszej instalacji.

Groza czy śmiech? Reakcje odbiorców były skrajne i burzliwe. Jedną poczęstował mnie starszy pan przejeżdżający na rowerze: – Fajne, nawet bardzo fajne. Pewnie, że widać, że pajęczyna. Może i łazi gdzieś jakiś pająk, ale żeby się bać…no,  czy ja na głupiego wyglądam?

Eksperyment zakończony. Podajemy rezultat: pająk wciąż nieobecny, strach że się pojawi występuje u nielicznych jednostek. A że w nasze życie mógłby wtargnąć żywioł, którego się niespodziewany? Nieprawdopodobne.

Mikael Hansen „Martwe punkty”: Oczy lasu

Mrówczą pracę zaczynał codziennie o czwartej rano. Drzewa pokrywały się białymi punkcikami stopniowo, powoli, na wysokości wymierzonej stosownie do linii terenu. Kiedy najniższa kropka stanęła niewiele nad ziemią, a najwyższa nad głową przeciętnego człowieka złudzenie optyczne stało się idealne – po odnalezieniu właściwej perspektywy skraj lasu zadziwia ażurem punktów, jak wymierzonych od linijki, co do milimetra.

Iglaki pną się wysoko w górę, a pomiędzy niemal nimi widać na przestrzał. – Lubię ten rodzaj lasu. Czuję się jakbym się poruszał między filarami w katedrze – mówi cicho Mikael Hansen – Na początku chciałem stworzyć pracę przestrzenną, czysto intelektualną, która była byłaby o pustce, o ciszy, o niczym. Wydawało mi się to ważne w świecie, który zaśmieca nadmiar informacji.

Tę samą harmonię i powtarzalność odnajdujemy w smukłych, niemal identycznych pniach, co w wymalowanych na nich regularnych, białych kropkach. W jaskrawym południowym słońcu nawet mucha nie śmie przelecieć niechlujnym zygzakiem. Ale ta cisza to tylko pozór.  Czar spokojnej geometrii pryska z każdym krokiem. Im głębiej w las, tym większy nastaje chaos. W pełni okazałości rozkwita o zmierzchu, gdy pnie dyskretnie stapiają się z szarością, a z ciemności wyłaniają się otaczające człowieka  z różnych stron jarzące punkty. Jak wściekłe ślepia. Niektóre patrzą śmiało prosto w oczy, inne, przyczajone, niemal kąsają stopy.

– Ludzie od zawsze gromadzili się przy ogniskach, żeby w ten sposób znaleźć schronienie przed dzikością przyrody. Ten lęk pozostał w nas do dzisiaj – nawet jeśli spierasz się z sąsiadem, to wolisz żyć blisko drugiego człowieka. – mówi artysta.

„Martwe punkty” – oczy dzikiego zwierzęcia utkwione w mieszkańców Józefowa – przywołuje las jako odwieczne siedlisko ludzkich fobii i lęków. Strachy te są nieodłącznie związane z ciemnością, jaka w nim panuje, ale też brakiem oswojonych przestrzeni. A czym innym, patrząc z drugiej strony, jest wykropkowany las? Horyzontalna linia, widoczna jedynie z określonych miejsc, to niezbity dowód na obecność ludzkiej ręki, odbicie potrzeby człowieka do znakowania swojego terytorium, aby czuć się na nim bezpiecznie.
Las to również pierwszy dom.

Jasny punkt, to z jednej strony dzikie ślepia czegoś, co wymyka się ludzkiej kontroli, ale i ślad, że „byłem tu, to jest moje”. Biała linia uosabia symboliczny front zmagań między człowiekiem i jego naturalnym środowiskiem.  Robisz kilka kroków nie w tę stronę, a spokojna płaszczyzna rozpierzcha się w niezliczone, świdrujące punkciki, na które już nie patrzysz jak na płótno dzięki wynalazkowi perspektywy, ale stajesz nagle w ich środku. Mikael Hansen wydobywa całą zmienność i niepewność jaka towarzyszy człowiekowi w kontakcie z przyrodą, który z jednej strony czuje się jej częścią, z drugiej pozostaje wobec niej zupełnie bezsilny.

Oczy lasu niewzruszenie patrzą na plażowiczów nad sztucznym józefowskim zalewem, na ich kolorowe spodenki, na kwieciste bikini.  Odbijają się w oknach pobliskich domów. W nich las jest elementem malowniczego krajobrazu. Na niewielkim wzniesieniu rysują się kolejne pasma piasku, trawy, pni, przeciętnych delikatną przerywaną linią. Co rusz słyszę szczerą radość któregoś z przechodniów, który potrąca idącą obok osobę: „Patrz! Las w kropki!”.

Jagoda Valkov, Michał Kuszyk „Brunatne megality”: Syzyfowie współcześni

Trzy kamienne piramidy odcinają się od szarobrunatnego krajobrazu. Nad procesem ich podpalania czuwała brygada strażacka, a w ich mozolnym budowaniu wzięło udział kilkunastu miejscowych ochotników. – Zrobiliśmy tę pracę właśnie dla nich, dla mieszkańców Józefowa – tłumaczy Jagoda Valkov.

– Myśleliśmy o jakieś wulkanicznej formie, która przywoływałaby kształty wydobywające się lawy – dodaje Michał Kuszyk.

Rytualna forma, nawiązująca do dawnych, tajemniczych obrzędów człowieka przedcywilizacyjnego, jest siłą rzeczy formą społeczną. Kamienne kopce związane są z ideą wspólnotowości. Sięgają jednocześnie do zakamarków historii, gdy świat dopiero się formował, a człowiek bezradny wobec naturalnych zjawisk i zależny od nich, usiłował je w jakiś sposób przebłagać. Czynił to w modłach skierowanych do bóstw przyrody. Dorzucanie kamieni do przydrożnych kopców jest praktyką uniwersalną – odnajdziemy ją zarówno w Piśmie Św., jak i w politeistycznej religii starożytnych Greków.
Artyści pracowali w kamieniołomach w pocie czoła, w wycieńczającym upale. Najpierw za pomocą ciężkiego sprzętu przesuwali głazy, następnie własnymi rękami przenosili pojedyncze kamienie. Przypomina się morderczy trud Syzyfa, który przez wieki wtaczał ogromną skałę po stromym zboczu, mitologiczny pierwowzór kary, jaką skazańcy odbywali w kamieniołomach. Te w Józefowie bardziej jednak obecnie przypominają trasę spacerową. Trochę na przekór tej przyjemnej, rekreacyjnej formie Jagoda Valkov i Michał Kuszyk wcielili się w robotników, którzy naprężają muskuły do ostatka, wznosząc świątynię. Skromne, niepozorne kopce świadczą o czymś jeszcze – o ponadczasowej potrzebie człowieka do przekształcania swojego środowiska. Stos kamieni w kamieniołomie może bawić swoją pozorną nieprzydatnością, ale jeśli spojrzymy na niego inaczej, dostrzeżemy zestawienie ze sobą tego co naturalne, z tym co przetworzone. – Cały ten recycling, wydobywanie kamienia, żeby zrobić z niego coś innego był chyba dla mnie najbardziej interesujący – wyznaje Jagoda Valkov.
„Brunatne megality”, choć przywołują skojarzenia z monumentalnymi budowlami, same w sobie są kameralne. Trzy piramidy (trzy to przecież liczba magiczna) postawione na uboczu drogi wydzielają niewielki obszar; w nim zmieściliby się tylko członkowie małej, pierwotnej wspólnoty. Poczuciu intymności sprzyja samo ukształtowanie terenu – dwoje artystów schowało swoją pracę we wgłębieniu kamiennej doliny.

Jarosław Koziara „Migracja” – Przyroda, walka, czas

Z wieży widokowej w Józefowie rozciąga się spokojny krajobraz. Po schodkach niecierpliwie wspinają się z tupotem dziecięce nóżki, a zaraz za nimi, miarowymi, głośnymi uderzeniami kolejne stopnie pokonują stopy dorosłego. Na szczyt wpada rozkrzyczany chłopiec z towarzyszącym mu tatą. Spojrzenie mężczyzny od razu pada na ogromny, usypany z czarnej ziemi okrąg, wyraźnie odcinający się od reszty zielonej scenerii. „Z czym się panu on kojarzy?”, zagaduję.

– Czy ja wiem… ze słońcem. Wie pani – zaczyna poufale – kręcił się tutaj taki dziwny facet, wyraźnie trochę postrzelony. Podejrzewałbym, że to jego sprawka.

Jarosław Koziara, autor, patrzy w tym czasie niewzruszenie w kierunku miasteczka. Żeby stworzyć okręg z wewnętrznymi promieniami, musiał wykopać linię o długości 360 metrów kwadratowych, a powstały rów wypełniło pięćdziesiąt ton świeżej ziemi torfowej. Niedługo porośnie miododajną facelią, rośliną, którą wysiewał jego ojciec.  Gdy zakwitnie, jaskrawo pokaże, że żyzny, kwaśny torf został uwięziony po środku zawapnionej, nieurodzajnej pustyni. Obcy element będzie się wyróżniał gąszczem bujnych kwiatów. To coś więcej, niż malowanie na krajobrazie. Dwie odmienne flory i dwie odmienne gleby zostały skazane na wieczną wspólną egzystencję. Myśląc o ziemi trudno nie myśleć o czasie i historii, a skojarzenia wiodą prosto przez odległy o kilkanaście minut drogi zapomniany kirkut. Podobne odczucia wywołuje samotne, wyrastające z „Migracji” drzewo.

– Intryguje mnie ścieranie się dwóch różnych żywiołów, przypomina mi ono historię hetmana Zamojskiego, który zakładając tu swoją ordynację „zaimportował” Żydów i Ormian. Ich radykalnie odmienna kultura chcąc, czy nie chcąc musiała wejść w interakcję z lokalnym środowiskiem – tłumaczy Jarosław Koziara.

Dialog z przyrodą przybrał formę eksperymentu, podobnego do tego, jakiego na tkance społecznej dokonał Zamojski. Możliwe, że z torfowego amuletu nie zostanie po roku ani śladu, a w możliwe, że w wyniku ścierania się odmiennych materii zdarzy się coś zupełnie nieoczekiwanego. Dalszy proces to zagadka zdana na siły przyrody.  – Najciekawszy jest dla mnie ruch natury i to, co przyniesie za rok, miesiąc, czy dziesięć lat – mówi artysta.

Po zejściu z wieży okrąg widoczny z powietrza przechodzi metamorfozę. Przestaje służyć oglądaniu, czy fotografowaniu, znajdujemy się na jego wydzielonym terytorium, na kawałku ziemi zupełnie innym od swojego otoczenia. Trudno oprzeć się pierwotnym, magicznym skojarzeniom. I poczuciu, że oto jestem w centrum zaczarowanego znaku-okręgu, który może oznaczać więzienie lub schronienie. W przypadkowym przybyszu wywołuje uczucie zmieszania, spacerowicze po chwili wahania wolą przejść obok, jakby coś nienamacalnego poruszało ich intuicję.

Marcin Jabłoński „Strumień”: Meandry życia

Dwie linie biegną obok siebie; jedna wije się łagodnymi łukami, bez trudności pokonując naturalne przeszkody, druga jaskrawo odcina się od krajobrazu i układa się w dramatyczny nagle rozpoczęty i nagle urwany zygzak. Pierwsza to rzeka, druga- efekt ludzkiej ingerencji.

Marcin Jabłoński na miejsce swojej pracy wybrał źródło, z którego wypływa Nepryszka. „Kiedy patrzę na meandrującą rzekę czy strumień, uzmysławiam sobie nietrwałość naszego życia” – pisze.
Usypana z kamieni biała krzywa wpada do wody, jest czymś w rodzaju niewielkiego epizodu, malutkiego fragmentu czasu, wyjętego z trwania świata.  Sama jej forma jest zresztą ulotna; w ciągu kilku dni, może tygodni, wiatr, deszcz, zwierzęta i przechodzący ludzie porozrzucają kamyki, a z zygzaka nie pozostanie najmniejszego śladu, jakby w ogóle nigdy nie istniał. Powiedzenia Heraklita o tym, że niepodobna dwa razy wejść do tej samej rzeki jest prawdą o czasie. Rzeka to odbicie rzeczywistości, w której wszystko jest zmienne, pozostaje w ruchu, a odnalezienie tej samej chwili jest niemożliwe. W dalszej konsekwencji oznacza to także, że wszystko co żywe zmierza ku nieuchronnej degradacji, obumieraniu. Człowiek jest jedynym zwierzęciem, które przeżywa życie zdając sobie sprawę z tego nieprzyjemnego faktu i jako jedyne zwierzę  jest przeciw niemu zbuntowany.

„Strumień” przywołuje nie tylko kontrast między burzliwą egzystencją człowieka, a niewzruszonym trwaniem otaczającego go świata, ale i wpisanie pierwszego w drugie. Geometryczny układ z kamieni niepostrzeżenie wpisuje się w otoczenie, choć nie pozostaje pola na niedomówienie, że może być jego pierwotną częścią. Pierwiastek ludzki nakreślają ostre załamania, zmagania, drastyczne wzloty i upadki obok przyrody uosabianej przez łagodnie meandrującą rzekę. Druga „linia życia” jest spokojniejsza, niepomiernie dłuższa, a jej koniec i początek nie są tak drastyczne, lecz podobnie do pierwszej nie jest nieskończona. Wszystko umiera.

„Praca, którą wykonałem pokazuje nie tylko kontrast pomiędzy człowiekiem, jego działaniami i życiem a przyrodą uosobioną w rzece Nepryszce, ale także ma nam uzmysłowić  podobieństwo polegające na ciągłej zmienności zarówno przyrody, jak i człowieka” –komentuje Marcin Jabłoński

Źródło z którego wypływa rzeka od zawsze kojarzyło się z tajemnicą, niewiadomym, ukrytym miejscem pod ziemią, pod korzeniami, skąd wszystko się zaczyna. „Strumień” wskazuje na pewne powinowactwo – owo sekretne miejsce jest również początkiem człowieka.

Przejdź do treści